Cała Polska Rowerowa.pl - portal kolarski i rowerowy

Damian Zieliński – kolarz na medal

Damian Zieliński to jeden z najbardziej utytułowanych torowców w kraju nad Wisłą. W swoim dorobku ma trzy triumfy w Pucharze Świata i jedenaście medali mistrzostw Starego Kontynentu. Portal Rowerowa.pl poruszył z naszym znakomitym sprinterem kilka ciekawych wątków.

Tekst przeczytasz w ok. 4 minuty, 41 sekund
Damian Zieliński – kolarz na medal

Damian Zieliński jest szczęśliwym ojcem córek bliźniaczek. Czy jego pociechy lubią dwa kółka? - Jeździmy na rowerze zazwyczaj po lesie, często są też na torze kolarskim. Umieją poruszać się na rolkach. Nie wiem, czy pójdą w moje ślady. Same wybiorą. Póki co bawią się lekkoatletyką i gimnastyką. Chodzą do klasy pływackiej. Lubią narty, rolki, windsurfing i wspinaczkę.

Co ciekawe, kolarstwo nie było pierwszym sportowym wyborem w życiu trzykrotnego olimpijczyka. – Miałem 15 lat, kiedy tata działał w klubie GRYF Szczecin jako działacz i zaprowadził mnie na tor kolarski, bo akurat rozpoczynały się wakacje. Wcześniej uprawiałem judo. W pierwszym roku treningów miałem chyba z 11 kraks – wyznaje.

Były podopieczny Waldemara Mosbauera i Zygfryda Jaremy medale zdobywał zarówno indywidualnie, jak i w drużynie. - Sukcesy indywidualne smakują inaczej i jest o nie dużo trudniej. Te z Polaków osiąga obecnie głównie Mateusz Rudyk. Cieszę się, że mamy takiego zawodnika.

Zieliński w mistrzostwach Europy pięciokrotnie stawał na podium razem ze swoimi kolegami z ekipy. Czy tęskni trochę za chłopakami z kadry? - Koniec kariery nie oznacza końca znajomości. Chłopaki też mają swoje życie, są trochę młodsi, jeszcze realizują swoje kariery. Kamil Kuczyński mieszka ode mnie całkiem niedaleko i trenuje na co dzień w klubie, więc mamy częsty kontakt, a Maciek Bielecki został w Pruszkowie. Dzięki temu, że prowadzę klub i jestem asystentem trenera kadry juniorów sprintu odwiedzam dość często Pruszków i mam okazje spotykać się ponownie z teamem.

Niewielu wie, że 39-latek ma doświadczenie aktorskie. Jest bohaterem filmu Anny Wiśniewskiej i Krzysztofa Kuźnickiego zatytułowanego „Następny start”. Jak podobało mu się na planie? – Nie musiałem nic udawać. Wystarczyło być sobą, pomijając naukę nie zwracania uwagi na kamerę, chociaż wiele razy nie wiedziałem, że jestem nagrywany. Myślę, że kariera przemija, a film to coś trwałego, co po niej pozostanie.


Patrząc na karierę bohatera artykułu, imponować może jego siła mentalna. Zieliński pomimo bardzo trudnych chwil potrafił przeważnie utrzymać nerwy na wodzy i zachować chłodną głowę. – Uważam,że wszystko przychodzi z czasem. W pewnym momencie starty stały się rutyną i podchodziło się do nich na spokojnie. Za namową żony skorzystałem z pomocy specjalisty podczas igrzysk w Rio i byłem z niej zadowolony. Psycholog pomaga uporządkować myśli i je ukierunkować. Dziś sport jest bardzo restrykcyjny i można „utonąć” z byle powodu – mówi nasz utytułowany torowiec.

Zdaniem zdobywcy Pucharów Świata w sezonach 2004, 2006 i 2016 pruszkowski welodrom pchnął polskie kolarstwo do przodu. – Ta inwestycja to nie był strzał w „dziesiątkę”. To była konieczność. Pomysł zbudowania drewnianego krytego obiektu tkwił w miejscu od dekad. Tor jest niezbędny do tego, żeby rywalizować z innymi. Żałuję, że nie ma ich więcej, a według planów drugi miał powstać w Szczecinie. Dzisiaj nie wyobrażam sobie przygotowania reprezentacji bez takiego obiektu.

Damian Zieliński na mistrzostwach globu był indywidualnie dwukrotnie czwarty, dosłownie ocierając się o podium. Czy czuje z tego powodu niedosyt? - Niedosyt jest wtedy, kiedy ma się poczucie, że nie zrobiło się wszystkiego. Ja takiego wrażenia nie mam. Po prostu przeciwnicy byli silniejsi. Najbardziej bolał występ na czempionacie w Melbourne, gdzie naprawdę medal był w ręku, a błąd techniczny spowodował, że w biegu rewanżowym nie wygrałem – wspomina.

Wielokrotny mistrz kraju z bardzo dobrej strony pokazywał się także na igrzyskach olimpijskich. W sierpniu 2016 roku podczas najważniejszej sportowej imprezy w Brazylii zakwalifikował się do finału w keirinie, który ukończył na szóstym miejscu. Batalia o medale była o tyle stresująca, że przez pośpiech zawodników finałowy wyścig rozpoczynał się trzykrotnie. – Według mnie starty nie powinny się powtarzać. Doszło do wykroczenia, które oszkalowało naszą dyscyplinę na igrzyskach. Dla mnie najkorzystniej byłoby, gdyby ten finał rozegrał się za pierwszym razem. Miałem dobrą pozycję, a dodatkowo byłem najstarszym zawodnikiem w stawce, a taka powtarzalność startów w krótkim czasie nie grała na moją korzyść. Rywalizacja toczyła się więc w oparach absurdu. - Jestem specjalistą od jeżdżenia, a nie sędziowania. Jak zawsze są równi i równiejsi, a sport niestety jest przesiąknięty polityką – komentuje szczecinianin.

Zieliński poważniejsze urazy omijał szerokim łukiem, aż do sezonu 2017/2018, gdy podczas Grand Prix Niemiec nabawił się groźnej kontuzji. Co stało się na torze w Cottbus? - Mechanik chciał, żebym jechał na jak najlepszym sprzęcie, więc dostałem najnowsze koła. Jak się później okazało, modyfikacje producenta w tym modelu spowodowały, że był on mniej wytrzymały i w czasie nabierania maksymalnej prędkości urwałem koronkę, czyli napęd tylnego koła. Rower przy prędkości prawie 80 km/h stracił stabilność – tłumaczy.

Mistrz Europy z Walencji przeszedł operację prawego barku, ale do treningów wrócił bardzo szybko. – Po sześciu tygodniach byłem już na zgrupowaniu kondycyjnym w Zakopanem.

Jak polski kolarz przetrwał okres restrykcji związanych z pandemią koronawirusa? – Jestem domatorem i po prostu lubię siedzieć w domu. Pomagałem, robiąc w tym czasie z żoną zakupy dla wielu osób, a codziennie ze swoimi dziewczynami jeździłem rowerem po lesie.

Czego mamy życzyć doświadczonemu sportowcowi? – Zdrowia, bo to ono jest najważniejsze.

Maciej Mikołajczyk - Rowerowa.pl

© Copyright 2019-2020 Rowerowa.pl. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.

Wykonanie i obsługa portalu weboski.pl