Cała Polska Rowerowa.pl - portal kolarski i rowerowy

„Dzień dobry, nazywam się Marek, od lat jestem rowerowym gadżeciarzem!”. Też jesteś uzależniony?

„Dzień dobry, nazywam się Marek, od lat jestem rowerowym gadżeciarzem!”. Też jesteś uzależniony?

Liczniki, komputerki, światełka, pomiary mocy, uchwyty, zapięcia, aplikacje. Z jednej strony można oszaleć, z drugiej… To wciąga!

Tekst przeczytasz w ok. 4 minuty, 32 sekund
„Dzień dobry, nazywam się Marek, od lat jestem rowerowym gadżeciarzem!”. Też jesteś uzależniony?
pixabay.com/pl

Udostępnij artykuł

Trwa najpiękniejszy czas dla gadżeciarzy - nie tylko tych rowerowych. Chwilę temu zakończyły się „Black Friday” i „Cyber Monday”, ani człowiek się obejrzy, a nadejdą Mikołajki, a potem Boże Narodzenie. Będzie więc jeszcze przynajmniej kilka okazji, aby otrzymać prezent, albo sprawić go sobie samemu. A jak prezent, to… Wiadomo, że związany z naszą największą pasją. Rowerem!

Niech żyje wolność i swoboda

Spokojnie, to nie jest artykuł sponsorowany. Nie będę nikogo namawiał na zakup konkretnego sprzętu, nie będę porównywał Garmina do Wahoo, nie będę w końcu zapowiadał nowości, które pojawiły się na rynku.

Kiedy wpiszecie w wyszukiwarkę internetową hasło „gadżety rowerowe”, otrzymacie setki tysięcy stron, na których znajdziecie najnowsze rozwiązania technologiczne dla naszych ukochanych dwóch kółek. „A po co mi to?” - ktoś zapyta.

I na pierwszy rzut oka, słusznie. Przecież rower to dwa koła, rama, siodełko, kierownica, łańcuch, pedały i wolność. Tak, tak, wolność. Wolność i swoboda - cytując klasyka. Czyż nie dlatego kochamy ten sport? Wsiadamy i jedziemy. Gdzie? Przed siebie. Czyszcząc głowę, która jest przytłoczona nadmiarem codziennych problemów.

- To największa siła roweru, dlatego go kocham - słyszę często od moich rozmówców. I nieważne czy to jest koleżanka, kolega, przypadkowy rozmówca w parku, czy osoba publiczna: czy to sportowiec, czy celebryta.

Wolność - to najczęściej podkreślana zaleta jazdy na rowerze.

To może być rowerowy pamiętnik

Ale czy gadżety muszą ją zabijać? Nie. Mogą pomagać w czerpaniu jeszcze większej radości z tego sportu. I dlatego tak je kocham.

Konkretnie. Jeżeli kupujemy licznik rowerowy z GPS-em, to niekoniecznie po to, aby jadąc na rowerze gapić się w jego ekran i analizować każde pole danych (a może być ich wyświetlanych jednocześnie nawet kilkanaście), zastanawiać się czy zwiększyć o 10 procent kadencję, czy może już przesadzamy i nasze tętno jest za wysokie i serce za chwilę nam wyskoczy z piersi, albo sprawdzamy temperaturę, bo wydaje nam się, że lekko się ochłodziło. Nie, nie i jeszcze raz nie.

Mam licznik/komputerek rowerowy. Tak, z GPS-em. Z niego przesyłam dane do jednej z aplikacji treningowych. Po co? W ten sposób zapisuję sobie historię swoich przejażdżek. Ale nie po to, by sprawdzać, czy w 2017 roku miałem wyższe tętno niż w 2022 (choć nie mam nic przeciwko, jeżeli ktoś tak robi), ale bardziej by sprawdzić, w którym roku jeździłem więcej, w którym mniej i dlaczego.

Lubię też wracać wspomnieniami do wyjątkowych tras, które przejechałem (wrzucam często zdjęcia z takich wypraw). A łatwiej i wygodniej jest otworzyć aplikację niż szukać wspomnień w głowie. Ludzka pamięć bywa zawodna. Traktuję mój licznik i aplikację jako pamiętnik.

Klik, USB, klik i już

To moja perspektywa. Perspektywa bardziej turysty niż amatora z ambicjami. Dlatego szanuję również tych, którzy traktują swój najnowocześniejszy na rynku licznik traktują jak bóstwo. Wyznaczają trasy, zakładają odpowiedni poziom tętna na danych odcinkach, analizują każdą zmianę mocy, którą generują. I tak spędzają dwie, trzy godziny na rowerze. Nawet nie do końca wiedzą, gdzie jechali, a gdyby przy trasie nagle pojawiło się UFO, to by nie zauważyli.

Każdy rodzaj uzależnienia jest inny. Ale licznik rowerowy to nie jedyny gadżet, jaki możemy znaleźć w sklepie rowerowym (a coraz częściej w elektromarkecie). Producenci nawet z oświetlenia zrobili potężny biznes. Bo można kupić światła standardowe, które po prostu świecą, jak się naciśnie odpowiedni przycisk. A można kupić sprzęt, który jest „smart”. Ładowanie bezprzewodowe, aplikacja do planowania interwałów czasowych, kiedy lampka ma się włączać, awaryjne sygnały podczas nagłego hamowania. I tak dalej, i tak dalej. Do wyboru do koloru.

Co wybieram? Co dla mnie jest wygodne i bezpieczne. Mam oświetlenie, które jest mocne (dzięki temu jestem z daleka zauważalny na drodze) i łatwo się ładuje. Wystarczy wypiąć (klik), przynieść do domu i naładować przez USB. Potem „klik” z powrotem i można jechać.

Jestem gadżeciarzem, ale uwielbiam prostotę rozwiązań. Życie jest na tyle zawiłe, że nie warto jeszcze tutaj go dodatkowo komplikować.

Różaniec na kierownicy

Licznik, pomiar mocy, oświetlenie - co jeszcze? Rynek jest nieskończony. Kask, koszulka, spodenki, rękawiczki, dzwonek - z tego, mam nadzieję, korzysta każdy z nas. Niezależnie od stopnia zaawansowania „gadżetoholizmu”.

Ale znajdziemy i bardziej egzotyczne rozwiązania. Na przykład kamizelka odblaskowa, która na plecach wyświetla naszą aktualną prędkość. Tak, tak, nie żartuję. Naprawdę jest taki produkt. A może zdecydujecie się na elektroniczny dzwonek, który ostrzega innych uczestników ruchu kawałkiem „Nothing Else Matters” zespołu Metallica?

Są jeszcze: różaniec montowany na kierownicę roweru (serio!), rękawiczki rowerowe z kierunkowskazem czy światła LED na koła. Do wyboru, do koloru. To już jednak propozycje dla najbardziej uzależnionych gadżeciarzy. Tych, którzy nie mają żadnego umiaru w pogoni za nowinkami. Ja chyba jednak jestem jeszcze daleko od tego miejsca.

A ty? Jaki jest poziom twojego uzależnienia?

Marek Bobakowski, dziennikarz WP SportoweFakty

Powiązane artykuły

Czytaj również

Reklama

otulacz woombie
sklep wędkarski
logistyka transgraniczna

© Copyright 2019-2023 Rowerowa.pl. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.

Wykonanie i obsługa portalu weboski.pl